RSS
piątek, 05 maja 2017

czuję się jak śmieć. Czuję, że nie jestem ci potrzebna, że lepiej ci będzie beze mnie...

Czuję się jakbyś mnie nie kochał, nie czuję tego żebyś mnie jeszcze kochał... Czy tak jest?

Jestem słaba, jestem nikim, jestem pajęczyną, którą trzeba sprzątnąć... 

Potrzebuję nadziei, ale cię o nią nie poproszę...

Usłyszałam dzisiaj, nie od ciebie, że mnie bardzo kochasz, że się bardzo martwisz...

Dziś powiedziałeś mi, że nie bedzie już tak samo, że już mi nie ufasz... Powiedzialeś to w taki sposób, jakby to był koniec... 

Dla mnie to jest koniec, koniec marzeń o wspólnym byciu, o ślubie, o przyszlości. I już od tygodnia tak się czuję, tak egzystuję.

Mogłeś mnie zostawić w tej wannie, bo i tak już nie mam nadziei, choć chciałabym mieć choć iskierkę...

Bardzo mi ciebie brakuje. Faceta, który zawrócił mi w głowie. Uprzejmego, zabawnego, a zarazem tak mrukliwie spokojnego... Którego jeden mały uśmiech podnosił mnie z największego dołka... Którego spojrzenie pożerało mnie... Wtedy widziałam, że naprawdę mnie chcesz...Tego, którego odprowadzałam po pijaku o domu, tego który umył dla mnie podłogę w kuchni kiedy byłam w pracy, chociaż wcale nie musiał... Tego, który mnie przytulał, całował i uwielbiał każdy milimetr mojego ciała. Z którym zamieszkałam po jednym dniu...

Teraz, choć jesteś obok, czuję, że jestem sama, wiem, że już teraz będę... Wiedziałam to już kiedy się rano obudziłam, bo wiem, że nie tolerujesz czegoś tekiego... Że wszystko skończyłam już jednym pociągnięciem maszynki. Dla ciebie i tak umarłam... Czuję się jak śmieć, który trzeba wyrzucić... Nawet dobrze zabić się mi się nie udało, a może tak? Bez ciebie i tak czuję się jakbym lażała w grobie.

Czekam już tylko na słowa: "nie chcę cię". To i tak wypowiada każde twoje spojrzenie w moją stronę. Słyszę je. Słyszę je za uszami... 

Ale ja już nic nie mogę... Mogę się ogarnąć, zrobić ci śniadanie, posprzatać, powiesić pranie, spełnić się jako kochanka, znaleź pracę... Bo cię kocham... Tylko to już nigdy nie będę ja. Umarłam. 

I chociaż jeszcze parę godzin temu chciałam dla ciebie żyć... Teraz będę po prostu żyła. Nie będę tylko chciała... 

sobota, 24 września 2016

Mieliście tak, że nie chciało się Wam żyć? Tak, że niby powinno, ale...

Powinniście się cieszyć, że jest druga osoba, która kocha, że masz na chleb i masz gdzie mieszkać, że każdego dnia wstajesz z łóżka zdrowy, że masz przyjaciół, którzy zrobiliby dla ciebie wszystko, że jesteś dla kogoś ważny... Mimo to wszystko ty się nie cieszysz...

Z kolejnym dniem, coraz ciężej wstać ci z łóżka, jedzenie śniadania nie zaspokaja twojego głodu, tylko staje się smutnym obowiązkiem, czasem przypomnisz sobie, że chce ci się pić... Nikt tego nie widzi, nawet ty. Dłuższe prysznice, kolejne smutne myśli i łzy... Obwinianie siebie o wszystko.

Z czasem wszystko staje się obojętne. Organizm walczy. Stara się uśmiechać, ratować się resztkami endorfiny, ale to nie wystarcza. Za każdym razem trafiasz w to samo miejsce z tymi samymi myślami i chociaż masz tłum dookoła, czujesz się samotny. Możesz mieć wszystko, a tego nie zauważać.

W końcu smutek ogarnia cię w całości, a ty zaczynasz nienawidzić siebie. Nie możesz patrzeć w lustro, nie dbasz o siebie, a jeśli to robisz, to tylko z musu i już bez takiej chęci jak kiedyś. Nadchodzi wreszcie czas, że nie chcesz żyć, nie chcesz się poruszać, wychodzić, wstawać. Izolujesz się. Odsuwasz ludzi, którzy albo zaczynają się martwić, albo co gorsza nie widzą problemu. Wszystko do momentu, kiedy zostajesz sam. Wystarczy chwila, godzina, kwadrans. Wtedy jest już jedna myśl - chcesz się zabić.

Szukasz sposobu, a w rezultacie analizujesz, każdą możliwość... Nie uważać na przejściu, wpaść pod pociąg, samochód, zjeść wszystkie tabletki, które masz w domu, albo nie, tylko niebieskie, czerwone lub białe... Rzadko chcesz sobie podciąć żyły... To już bardziej rzucić się z piątego piętra. W każdym razie nic wokół się nie liczy... Ty już jesteś sam. Nie słyszysz śpiewu ptaków, tylko pędzące samochodów, nie widzisz swoich bliskich, którzy się o ciebie martwią, tylko osoby, które cię opuściły, choć często wcale tak nie jest. Śmierć to dla ciebie wybawienie, bo nie widzisz innego wyjścia.

Masz szczęście, jeśli nie zniechęcisz do siebie bliskich, kiedy zostanie choć jedna osoba, której będzie ci na tobie zależeć, chociaż i wtedy nie masz pewności, że przeżyjesz. Bo często przecież ostatkami sił z tym wszystkim walczysz, mówisz "nie!" swoim myślą, ale to z czym walczysz, jest bardzo silne. Bez podpory spirala nienawiści do siebie i do świata pochłania cię zupełnie, aż w końcu pochłonie cię i sobie ulżysz.

Wszyscy wiemy jak to się nazywa. To depresja.

Wraca i nie tak łatwo się jej pozbyć. Często wraca ze zdwojoną siłą... Niszczy. Jest przyjaciółką śmierci i matką smutku... Jest zarazą. 

Mam nadzieję, że chociaż kogoś uświadomię, że może takie cholerstwo mieć...

Mnie coraz częściej nie chce się żyć... Przeszłam prawie wszystkie etapy. Nie zabiłam się. Wiedziałam, co się ze mną dzieje i byłam świadoma. Teraz też jestem. Chociaż wyszłam z tego lata temu, dziś znowu czuję cień tej upartej pani na plecach. Nie znoszę siebie, czuję się niepotrzebna, zbędna... Nie zależy mi, czy dożyję do jutra. Nie zależy mi na spotkaniu z mamą, na pracy, studiach. Nie mam siły. Nienawidzę się. Wiem, że jutro będzie inaczej, że będę się cieszyć, ale nie dziś... Dziś nie chcę, żeby było lepiej.

czwartek, 15 września 2016

Jak tu pisać, kiedy strony same się zamykają?

Wreszcie klikam w klawiaturę, wreszcie się z tego cieszę... Jest normalnie, dobrze i będę robiła wszystko, żeby tak zostało. Wreszcie odzyskałam nadzieję i siłę do życia, i chociaż ciągle uważam na każdy mój krok, wiem, że jestem na dobrej drodze.

Ach! Są takie piosenki, do których się wraca i za każdym razem brzmią inaczej... Cóż, każdego dnia stajemy się już innym człowiekiem, nauczonym doświadczeniem dnia poprzedniego, więc dlaczego piosenki nie miałyby ewoluować?

Dziś usłyszałam piosenkę sprzed paru lat. Dziś mówi do mnie o wyborach, dobrych i złych, w każdym razie trudnych. Wtedy mówiła zupełnie o czymś innym, bardzo smutnym, o czym pewnie już pisałam.

W każdym razie jest lekiem dla mojej duszy. Każdy jej dźwięk, każda nuta... 

Katie Melua - Spider's Web

Polecam posłuchać na dobrej, naprawdę dobrej jakości słuchawkach. Wyłączyć wszystko wokół i wysłuchać, każdego dźwięku i nuty... Na końcu dopiero wsłuchując się w tekst, łącząc wszystko w całość. Może raz nie wystarczy, może wyda wam się bardzo smutna... Mnie przywraca uśmiech na twarzy, jednak dopiero dziś. Dziś słyszę te miliony kolorów w mojej głowie.

Nawet jeśli tego wszystkiego nie zrozumiecie, to po prostu dobra muzyka.

Słucham z dwudziesty raz, jak nie lepiej. I w sumie chciałabym zatańczyć przy niej z narzeczonym, ale to byłby niekończący się taniec. Wiem, że dzisiaj albo przy niej zasnę, albo nie będę mogła przez nią spać.

W sumie nie mam wiele takich piosenek, jak ta. Jednak ta jest jak przyjaciółka, z którą zawsze się dobrze dogaduję po latach rozłąki.

Życzę każdej osobie, aby miała coś takiego... Piosenkę, książkę... Może za każdym razem brzmiącą inaczej, ale tak samo wciągającą i cieszącą zmysły, wyobraźnię...

Kolejny raz przewijam... Nie mogę się od niej oderwać. Jak to miło znowu pisać i słuchać TAKIEJ muzyki...

Dobranoc! Ja kontynuuję moją dzisiejszą wędrówkę po wyobraźni z dźwiękami fortepianu w tle...

sobota, 10 września 2016

I jak budować wszystko od nowa?

Nie czuję się dobrze.

Chciałabym cofnąć czas, ale to niemożliwe. Chciałabym znowu poczuć, że jestem kochana. Ten, który poskładał moje serce do kupy, teraz upuścił szufelkę...

Wcale nie czuję się szczęśliwa, że ktoś ze mną jest, że ktoś mnie kocha, bo chociaż o tym mówi, to... moje serce już nie słucha. Słyszę, ale nie czuję.

Chcę to wszystko poskładać... Naprawić... Wiem, że to moja wina.

Tylko to już nie będzie to samo...

Nie potrafię przestać o tym myśleć. Może i się zadręczam, ale nie mogę przestać. Jak przestać, skoro tych milion gestów i słów, tak naprawdę nie wyrażało prawdy? Ciągle myślę, co było prawdą, a co nie. Byłam szczęśliwa, ale co to za szczęście? 

Już wolałabym tak, jak na początku. Kochając, a jednocześnie będąc niepewnym, czy ta druga osoba odwzajemnia uczucia...

Teraz w sumie jest, jak na początku, tylko teraz jest też krwawiące serce... To ja muszę je uleczyć, sama...

Czytając tę wypowiedź, pewnie doradziłabym autorce odejść... Ale jestem z tych, którzy wolą sami się przekonać. Bo jeśli się nie uda, to przecież nic się nie stanie. To tylko trochę łez... Gdyby jednak każdy poddawał się za wczasu, czyż nie żylibyśmy dalej w epoce kamienia łupanego? Walczę o życie, moje... Czas zmienić marzenia, czas zmobilizować się, jednocześnie uważając na każdy krok. Może nie będę szczęśliwa, jak byłam, ale przynajmniej nie będę żyła w Utopii. Od tego wolę już moje opowiadania... W nich czuję się bezpieczna.

Jest mi ciężko... Bo jak powiedzieć innym, że wraca się poziom niżej? Szczególnie, że już się cieszyli z twojego "szczęścia"... Przyjaciółki zrozumieją, ale rodzina?

Chcę tylko być z nim, chcę jeszcze poczuć smak szczęścia. Może uda mi się to wszystko naprawić... Na to jednak potrzebuję czasu, przynajmniej tyle samo, co do tej pory...

 

środa, 07 września 2016

Jakoś odstresowuje się przez pisanie. Chociaż na tablecie jest to uciążliwe. Wolę czuć pod palcami dotyk klawiatury... To o wiele przyjemniejsze niż wibracje przy dotknięciu ekranu.

Ale dzisiaj nie chcę odczuwać przyjemności. Wszystko jest szare i brudne. Jak mój pies, który uciekł i trafił do schroniska. Strasznie się o niego bałam, a on nawet się nie ucieszył na mój widok. Chciał wracać do domu, ale chyba nie do mnie. Ale cóż, takie są hasiory... I choć ja go kocham, to on mnie chyba wcale.

Czy ktoś mnie kocha?

Takie pytanie w ustach zaręczonej kobiety może wydawać się dziwne, to w moich chyba nie jest... Bo skoro radość jest jednostronna i coraz częściej się o tym przekonuję... Ach! A mogło być jak kiedyś, ale głupi człowiek chce coraz więcej.

Już dziś mogłabym wypowiedzieć przysięgę, cieszę się ślubem jak głupia i po co? Żeby usłyszeć od tej drugiej osoby, która jest dla ciebie wszystkim, że nie będziesz z nią szczęśliwa, że tylko spieprzysz sobie życie, że tylko mówisz, że jesteś szczęśliwa, bo jesteś zakochana, a w rzeczywistości nie jesteś...

Jak przekazać drugiej osobie coś, co jest oczywiste?

Kocham go. Prawdziwie i na zawsze, ale tylko ja wiem jak bardzo. A on chce ode mnie uciekać, stara się uciekać, żeby odetchnąć... A do tej pory to ja byłam jego wytchnieniem. Też chcę uciec. Ale przecież mnie kocha, tęskni... Mówi mi to... Kłamie?

Chcę wyjść...

Wiem już, że on mnie nie chce. Że to nie ma sensu dusić go sobą... Że choć staram się... To chcę wyjść i cierpieć w samotności i zamknąć się w czterech ścianach, bo życie i tak już straciło smak. A ja niknę, umieram, tak jakby wypowiedział słowa: "Nie wierzę we wróżki!" Czy nie byłam jego dzwonkiem?

Nie wiem. Już nie wiem... Zgubiłam się.

Chcę, żeby się przekonał... Żeby nie miał wątpliwości. Póki co, ja umieram przez to wszystko... Jak wróżka, póki nie zaklaszczesz.

środa, 15 lipca 2015

No i jak by to zacząć...

Czasem nie warto wierzyć ludziom... Nawet tym, którzy teoretycznie nam dobrze życzą. W sumie powinnam o tym wiedzieć już od dawna, ale ciągle zapominam... Dziś tylko cholernie żałuje, że nie chodzi o mnie.

Ile można mieć nieprzyjemności przez takich fałszywych ludzi? Więcej niż ktokolwiek może się spodziewać. A przez  zaufanie do takich ludzi można przede wszystkim stracić szansę, tę najważniejszą, na spełnienie marzeń, swoich ambicji, na bycie szczęśliwym człowiekiem.

Za dużo się martwię, jakbym mało miała własnych problemów... Wiem, że tym razem trzeba zrobić na złość fałszywym... Ach! Jakie to polskie... 

Nigdy nie dajcie się zwieść dobrym słowom. Nie bądźcie "mięccy", bo kto ma czułe serce, musi mieć też twardą dupę.

A tak z innej beczki... Od rana grają mi w głowie szanty... Może przez to, że wczoraj spiłam się rumem, albo, co pewniejsze, przez to, że mój chłopak ciągle ich słucha... W ogóle to, co do wody, to siedzę teraz w Tawernie na Hornie, na  Bagrach, w Krakowie. Fajnie tu na Bagrach. Tylko pogoda przeszkadza :) Za to w Tawernie jest dobra kawa i klimatyczną muzyczka leci w tle. Wszystko w klimatach żeglarskich...

Czekam, piszę i kombinuję jak wyprowadzić to wszystko na prostą. Niestety są rzeczy, które muszą być tylko między dwiema osobami... A nawet jeśli poszukałabym pomocy, wiem, że na pewno jej nie znajdę. Muszę się zdać na swój własny rozum.

Coraz bardziej Kraków mnie przeraża i przekonuje, że wszędzie jest tak samo. A może wszędzie spotykamy tylko tych najgorszych ludzi... Ogółem miasto moich marzeń, powoli zmienia się w potwora. Jakimś cudem potrafię się jeszcze zachwycić krajobrazem, ale coraz bardziej zasmuca mnie bezczelność ludzi, ich wrodzone chamstwo... Najgorsze jest to, że już wiem, że nie będzie lepiej...

Kawy coraz mniej... A nadal długie minuty, godziny czekania. Kawa stygnie i pewnie na koniec pewnie wypije pół filiżanki zimnej... Ale to nic, pisanie odstresowuje, a stresu za dużo. Stres to morderca, przez którego trafiłam ostatnio do szpitala... AGH, podsumowując. Muszę zmienić myślenie... Wiem, że zdam sesje, bo został mi tylko jeden egzamin, do tego już wiem, co oni chcą ze mną zrobić. Nie dam się, nie będę płacić za warunek, ani nie będę za wszystko płacić zdrowiem - jest zbyt cenne.

Jeszcze tyle czasu... A w głowie nedzne, puste słowa. Może czas zakończyć pisanie... Temu, kto to przeczyta, na  pewno będzie lżej. I tak pewnie  napisałam wiele nudnych wyrazów i zdań. A na dodatek pohańbiłam interpunkcję i wszelkie zasady pisowni w języku polskim... Moja wychowawczyni nie byłaby zadowolona... 

Zimna... Wiedziałam, że tak będzie... Niestety nie mam że sobą klawiatury i stukam w ekran. To na pewno przez to. Uciekam i życzę wszystkim ciekawych słów i myśli na blogach. 

Piosenka na dziś? U mnie szanty, a konkretnie: Hiszpańskie dziewczyny. Nie pytajcie, dlaczego :)

czwartek, 18 czerwca 2015

Czasem potrzeba rozmowy, żeby osiągnąć spokój duszy, spokój, który jest niesamowicie potrzebny w czasie końca roku akademickiego.

Sesja, to znaczy nadal trwa rok, ale zajęć już nie ma, bo wszyscy przypomnieli sobie, że nie mają z czego wystawić ocen, więc nastąpiło ogromne poruszenie, szukanie sal, a wszystko po to, żeby napisać zaliczeniówki, ze wszystkich przedmiotów na raz, słowem - AGH.

Ostatnio ze znajomymi z roku doszliśmy do wniosku, że ta uczelnia nie uczy niczego ważnego, uczy przetrwania na studiach. Nie da się inaczej tego nazwać. Z przedmiotów tak mało znaczących w późniejszej pracy mam najwięcej do roboty, a za to ważne przedmioty, które rzeczywiście są przydatne, to nawet profesorowie uspokajają: przyjdziecie, napiszecie, nie ma się co martwić.

Czasem nienawidzę ludzi pracujących na tej uczelnie, bo po prawdzie większość ma gdzieś, czy i kiedy zdamy, czy w ogóle będziemy mieli się z czego nauczyć, czy podpowiedzą właściwe materiały, a nie 10 książek po 500 stron i szukaj... Ale to nie ważne. Przyzwyczaiłam się, że tak jest. Ważne jest to, że jak wracam do domu, odzyskuję spokój.

Boże, jak jest cudownie, a jednocześnie nie za słodko - tak, jak powinno być.

Czuję, że mam wszystko, chociaż często gęsto brakuje mi na chleb i kto kiedykolwiek otrzymywał stypendium socjalne w innym mieście, ten wie o czym mówię.

Och, po prostu kocham moje życie. Boję się tylko, że jest za dobrze i w końcu znowu coś się zepsuje... 

sobota, 04 kwietnia 2015

Jak to się stało, że ominęłam miesiąc?

No cóż... Zaczęła się walka z fizyką i psem...

Husky to zło...! Przynajmniej w etapie testowania człowieka.

"Człowiek, zjem ci to, dobre pewnie, zobaczę czy cię wkurzę wystarczająco :)"

Ale żeby jeść śmieci, chusteczki zużyte, które napotka w parku, wypijać wodę z kubka w zlewie...

Sprzątam wszystko, ale i tak coś znajdzie :) Sprytna, skoczna bestia, ale mimo wszystko kochana. 

Wiem, że jeszcze wiele pracy przed nami, że wiele przed nami nauki przede wszystkim, ale chyba wreszcie cieszę się, że jest z nami, adoptowany, nie z żadnej hodowli czy od kogoś wzięty, ze schroniska. Podaje łapę, siada i uwielbia się czesać, głaskać... Wyciąga nas z domu i kocha.

Mała rodzinka?

W małym mieszkanku?

Pies pod grzejnikiem po spacerze (ten husky jest wyjątkowy), a my na łóżeczku pod kołderką.

Czasem nie jest kolorowo, doprowadza nas do granic cierpliwości, ale nie przez to, że zje coś naszego, tylko przez troskę o niego, żeby się nie zatruł.

Nasz biały mądry, a czasem strasznie niemądry wilk, który nie zawsze stosuje komendę zostaw. Wobec jego smakołyków, zabawek działa, ale chusteczka higieniczna jest ciekawsza: "trące nosem, powącham, chyba jadalne...Sprawdzę." 

Już jest nasz, nasz orzeszek...

Teraz czas popracować nad siłą (także fizyczną), żeby go ogarnąć i nie dać się złamać. To dobry pies, ale z bagażem doświadczeń, który jednak nie przeszkadza mu wdrapać się na stół, czy blat w kuchni. A i z doświadczenia, przy takim psie palniki gazowe odpadają... Dobrze, że ich nie mam :) I chowajcie masło xD

Eh, ale i tak nikt nie odbierze mi wspomnień i wspólnych spacerów w trójkę, które są po prostu wyjątkowe, bo nie byłoby ich tyle, gdyby nie nasz psiak...

Jeśli się wahasz, zaadoptuj psiaka. Jest obowiązkiem, ale przede wszystkim staje się częścią rodziny, ciebie. I kocha bezinteresownie, i wystarcza mu, że czasem go pogłaskasz i dasz mu pełną miskę, której kiedyś być może mu zabrakło. Zaadoptuj psiaka, nawet jeśli wywróci ci świat do góry nogami. Kiedyś mu podziękujesz :)

PS. Wiem, bo to mój czwarty pies wzięty nie jako szczeniak. Mam 22 lata i mnóstwo cudownych wspomnień z dzieciństwa związanych z moimi psiakami. 

piątek, 20 lutego 2015

Eh... Za dużo myślenia, ale trzeba parę spraw dobrze przemyśleć.

wtorek, 10 lutego 2015

Wolę tym razem sama pocierpieć i nie obarczać tym innych.

Zresztą wszystko jest dobrze.

Coś się składa, że już rok mam bloga... Nie liczyłam dokładnie.

Jak ten czas zapierdala...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9